“Sztuka bez odbiorcy nie istnieje” – rozmowa z Tomkiem Ziętkiem

 Cześć,

Spytana, za każdym razem odpowiem, że muzyka to dla mnie ludzie: ci, którzy za nią stoją i ją tworzą, obnażając słuchaczowi kawałek siebie, ale również zwykli odbiorcy dzielący się ze mną artystycznymi odkryciami, sprawiając, że mój muzyczny świat rozrasta i pięknieje z każdą nowo poznaną metaforą, emocją, dźwiękiem… Pewnego dnia bliska osoba zabrała mnie na koncert The Fruitcakes, odkrywając przede mną ciepły świat ich muzyki, za co jestem jej bardzo, bardzo wdzięczna. Z Tomkiem Ziętkiem rozmawiamy o fonograficznym debiucie zespołu, idei sztuki, miłości do lat 50./60. oraz  trudach godzenia pasji do aktorstwa i muzyki. Zapraszam do lektury.

Z.

dpp_000017a2
fot. Kulturalne Media

Zuza Iwanowska: Nie mieliśmy jeszcze okazji porozmawiać po premierze Waszego ostatniego wydawnictwa, pozwól więc, że zaczniemy właśnie od tego tematu. Wiele zespołów mówi, że ze zniecierpliwieniem oczekiwali na możliwość zagrania nowego materiału, najzwyczajniej w świecie czując zmęczenie wielokrotnie granymi utworami z wcześniejszych płyt. Jak było z Wami? Faktycznie mocno oczekiwaliście nowego krążka właśnie z tego powodu?

Tomek Ziętek: Szczerze mówiąc – zdążyliśmy się znudzić materiałem z drugiej płyty jeszcze przed jej premierą. Powodów było kilka – każdy z nas komponuje, dlatego nowych kompozycji jest zawsze czterokrotnie więcej niż w przeciętnym zespole, gdzie numery zwykle pisze jedna osoba. Poza tym mieliśmy problemy z jej wydaniem – najpierw miało to nastąpić tylko w Polsce, a potem okazało się, że uda się ją wydać w 15 krajach europejskich. Związana z tym papierkowa robota trochę zajęła. Przez to wszystko zdążyliśmy się materiałem trochę zmęczyć.. a może lepiej powiedzieć, że po prostu poszliśmy już o krok dalej? Tak, to dobre określenie. Z przyjemnością zajęlibyśmy się już nowym albumem, ale musimy – i jednocześnie chcemy – promować „2”. Myślę, że tą płytą w końcu zdefiniowaliśmy siebie – wiemy, co chcemy robić.

No właśnie, mówicie, że ostatni album jest bardziej dojrzały. Mam też wrażenie, że jesteście też na nim, tak jak mówisz, bardziej “swoi”. Czujesz, że naprawdę znaleźliście już siebie? Ciężko wypracować własny styl, szczególnie gdy gra się muzykę inspirowaną dekadami z poprzedniego wieku?

Wydaje mi się, że lata sześćdziesiąte to okres, który nie został do końca wyeksploatowany. Jasne, inspirujemy się nimi – słuchamy dużo muzyki z tamtych czasów. Myślę, że robimy jednak coś innego – coś, co jest kojarzone z latami 60., ale jednocześnie ma w sobie nową, inną jakość. Chciałbym to eksplorować– zobaczyć do jakiego momentu to dojdzie. Myślę, że w naszym przypadku trudno o kategoryzację i jednoznaczne zdefiniowanie – nie gramy ani psychodeli, ani rock’n’rolla, ani bigbitu. To struktury totalnie zamknięte, a my – mam wrażenie –   w naszych piosenkach zostawiamy je otwarte.

W materiałach promocyjnych “2” określane było jako Wasz fonograficzny debiut, a przecież sama nazwa wskazuje, że to Wasza kolejna płytka. No i stąd pytanie – jaki masz bądź macie do tego stosunek? Dzięki współpracy z wydawnictwem na pewno zaczyna się dla Was nowy etap, ale czy ważny na tyle by album z 2015 roku uznać za “rozgrzewkę” czy w ogóle o nim zapomnieć?

W wymiarze prawnym rzeczywiście jest to rozgrzewka. Album nie został nigdy oficjalnie wydany, a tylko i wyłącznie wytłoczony naszym nakładem. „Cukier, Ciastka, Miłość” nigdy nie pojawiła się w sklepach. Można ją porównać do filmu, który nie miał swojej kinowej premiery, a od razu pojawił się na DVD. Taki film nie jest filmem kinowym. Czy można więc uznawać go za debiut, skoro nie miał nawet dystrybutora? Tak samo było z  pierwszym albumem, który wydaliśmy bez udziału osób trzecich. Z kolei „2” mial zorganizowaną dystrybucję i z pewnością o wiele większy zasięg – tu jest przysłowiowy pies pogrzebany. Chociaż my, jako zespół, zawsze będziemy mówić, że „Cukier, Ciastka, Miłość” była naszą pierwszą płytą i tak właśnie ten materiał traktować.

Przejdźmy na moment do kwestii okładki i oprawy wizualnej materiału. Mam wrażenie, że dla Ciebie, jako osoby związanej z ekranem, może mieć to szczególne znaczenie. Jak do tego podchodzisz? Czy jest to tylko dodatek do głównego produktu, którym jest płyta, czy coś równie istotnego?

Dla mnie to bardzo istotna rzecz- daje kontekst. Jakby nie patrzeć, muzyka powstaje z niczego, a wizualne kwestie pozwalają to wszystko uporządkować. Dzięki temu, w przedsięwzięciu, jakim jest płyta, biorą udział kolejne zmysły. Przykładam dużą wagę do okładek, video, czy wizualizacji w trakcie koncertu. Do tego dochodzi również kwestia naszego wyglądu na scenie. Cały czas nad tym pracujemy i można zaobserwować pewne zmiany, co chyba świadczy tylko o wadze, którą przywiązujemy do tego, by wszystko wyglądało dobrze. Bardzo podoba mi się nasza ostatnia okładka – jest niejednoznaczna.

Zamykając temat “2” – co chcielibyście pozostawić w odbiorcy po jego wysłuchaniu?

Niektóre z naszych utworów nie poruszają najprzyjemniejszych tematów – w warstwie lirycznej można wyczuć pewien gorzki posmak – mimo wszystko powiem jednak, że pogodę ducha i radość. Chciałbym pozostawić w odbiorcy dobre poczucie – to coś, czego mi w dzisiejszej muzyce brakuje, bo albo jest totalnie imprezowa, albo rozliczeniowa i zmaga się z mega ciężkimi problemami. Nie chcę brzmieć górnolotnie i dopisywać teorii do naszej twórczości, ale wydaje mi się, że wszystkim nam przyświeca poczucie stworzenia easy listeningowej formy, która mogłaby się stać soundtrackiem towarzyszącym przyjemnym chwilom w życiu, nawet jeśli czasem nasze teksty mówią o złych i traumatycznych wydarzeniach. Cytując „Let inside the light” – chciałbym, żeby nasze piosenki pozostawiały w ludziach światło.

Można uznać, że to jest Wasza “misja” zespołowa – nieść radość?

Nie wiem – nie warunkujemy sposobu naszego życia, gry czy pisania tekstów. Myślę, że to po prostu wypadkowa –  po pierwsze: naszych inspiracji, a po drugie – typów osobowości.

Czego sam słuchasz? To właśnie lata 50/60 czy może udaje się czasem przemycić coś świeższego?

To przede wszystkim element łączący nasz zespół – The Beatles. W zależności od okresu słucham innego albumu. Wcześniej był to „Sgt.Pepper’s Lonely Hearts Club Band”. Teraz natomiast „Magical Mystery Tour” – masterpiece! Poza tym słucham sporo klasyki – Debussy, etiudy fortepianowe, Ravel. Lubię King Gizzard and the Lizard Wizard, Tempelsów, Jima Campilongo  czy genialną Dorothy Ashby.

Tamte czasy fascynują Cię tylko pod względem muzycznym, czy może cały jesteście “into 50/60’s”? Co urzekło Cię w tamtym okresie?

Wydaje mi się, że po prostu duch tej epoki. Lata 50. to powojenny okres luzu związanego z tym, że zakończyła się wojna i ludzie skupić się mogli na bardziej radosnych klimatach, dlatego właśnie pojawili się m.in. Dean Martin czy Frank Sinatra – muzyka świetnie zrobiona i naprawdę przyjemna, ale tak naprawdę bezwartościowa. Później do tego urokliwego klimatu zaczęto wprowadzać coś bardziej zaangażowanego. Łączymy beztroskę lat 50. z treścią, którą niosły ze sobą dzieła lat 60. i 70 związaną z przemianami społecznymi w tamtych czasach. Inspirujemy się również nowymi zespołami jak Temples czy Tame Impala. Świetnie być w jednej wytwórni z Temples czy King Gizzard and the Lizard Wizard – bardzo nas to cieszy.

Po premierowym koncercie miałam okazję rozmawiać chwilę z Lukasem i, słuchając Ciebie teraz, mam wrażenie, że bardzo dobrze dobraliście się zespołowo – podobnie wypowiadacie na wiele tematów. Jak udało Wam się stworzyć tak zgrany zespół?

Na pewno to solidna doza szczęścia. Wydaje mi się jednak, że w naszym przypadku kluczem i przepisem na wspólne zogniskowanie – nie tylko artystyczne, ale i ludzkie – jest muzyka, której od początku słuchaliśmy naprawdę podobnej. To, czego słuchaliśmy, zdeterminowało to, kim jesteśmy – myślę, że słuchając podobnej muzyki, jesteśmy również w pewnym stopniu podobnymi do siebie ludźmi.

Skoro lata 50/60 są tak bardzo dla Ciebie i zespołu ważne, to jak odnajdujecie się na dzisiejszym rynku muzycznym, gdzie tak istotna jest aktywność w social media –  to dla Was przykry obowiązek?

Nie, chociaż rzeczywiście dosyć późno je odkryliśmy. Nie wiem, być może to kwestia naszego wieku – ludzie młodsi 10 czy nawet 5 lat podchodzą do tego inaczej – dla nich to całkowicie naturalna sprawa. My jednak ani trochę nie czuliśmy potrzeby zaznajamiania się z możliwościami, które niosą social media, dopóki nasi fani nie zaczęli się tego domagać. Przez rok byliśmy stale bombardowani pytaniami o instagrama, zdecydowaliśmy się więc wyjść naprzeciw oczekiwaniom słuchaczy. Facebook z kolei bywa bardzo przydatny i tak staramy się z niego korzystać. Myślę, że gdyby przenieść artystów lat 50. i 60. do naszych czasów, prawdopodobnie każdy z nich korzystałby z social mediów.

A co dla Ciebie znaczy bycie artystą?

Grube pytanie! Myślę, że każdy może się nazywać artystą, chociaż mam poczucie, że w dzisiejszych czasach to dosyć pejoratywne określenie – wolę pojęcie „twórca”… Gdy się jednak nad tym zastanowić, ten tytuł – artysty- mogą ci przyznać inni ludzie, nie zrobisz tego sam. A co to znaczy? To trudne do jednoznacznego zdefiniowania.

Jesteś mocno wsiąknięty w świat kultury, uczestniczysz w nim na dwa sposoby  – aktorski i muzyczny.  Ciężko to od strony praktycznej pogodzić – koncertowanie, próby, pracę na planie..?

Tak naprawdę to głównie kwestia zgrania dat, więc koncertowanie nie jest problematyczne. Kluczową sprawą jest fakt systematycznego ćwiczenia. Muzykiem trzeba być codziennie i do tego trzeba się przygotować, decydując się na tę drogę. Kompozycje nie powstają w ciągu 5-10 minut czy nawet dwóch tygodni. Ten proces często zajmuje bardzo dużo czasu, całe miesiące. Z kolei jeśli o aktorstwo chodzi, to mam wrażenie, że aktorem się bywa – zajmujesz się określonym projektem, skupiasz się na nim i – jeśli uznasz, że jest tego wart- oddajesz mu się w pełni, ale tylko na jakiś czas. W pracy muzyka jest inaczej. Poza tym na planie filmowym jesteś trybikiem w olbrzymiej maszynie, a w zespole jest nas czterech. Minimum 25% efektu końcowego jest zależna od twoich działań, a przecież zdarzają się utwory, które w całości napiszesz, zaaranżujesz itd. Ty decydujesz jak to ma zabrzmieć, więc masz dużo większą swobodę niż przy produkcji filmu.

A pod względem emocjonalności, co dostarcza Ci ich więcej – muzyka czy film?

Nie pracuję w teatrze, stąd koncerty są jedyną możliwością spotkania z widzem twarzą w twarz, a co za tym idzie – dostarczają mi więcej emocji. Poza tym muzyka jest dla mnie bardziej emocjonalna w takim ludzkim wymiarze.

Kiedy spotykasz kogoś, kto przyszedł na Wasz koncert, bo zna Ciebie z ekranu, a Twoja muzyczna działalność jest dla niego jest tylko czymś pobocznym, mniej istotnym – nie denerwuje Cię to?

Nie. Uważam nawet, że to fajne, kiedy ktoś w sposób inny i trochę niezamierzony trafia na nasz koncert, jeżeli tylko mu się podoba to, co robimy. Kiedy ktoś przychodzi tylko po to, by zobaczyć aktora, który grał kiedyś jakąś postać – to też ok. Wtedy jednak mam nadzieję, że również w  muzyce znajdzie coś dla siebie. Kiedy ludzie przychodzą po koncercie i mówią: „Kurcze, stary, nie wiedziałem, że grasz TAKĄ muzę! Oglądałem twój film, ale tego zupełnie się nie spodziewałem.” To bardzo miłe.

Co dla Ciebie znaczy samo pojęcie sztuki? Tworzy się ją bardziej dla idei, samego siebie, a może odbiorcy?

Wielu twórców podkreśla fakt, że sztuka bez odbiorcy nie istnieje – to prawda. Moim zdaniem jednak w samym procesie tworzenia i pisania piosenek czy scenariuszy, bardziej myśli się o sobie i zaspokojeniu swoich aspiracji czy pragnień.

Widzisz w niej jakieś ograniczenia czy uważasz, że obowiązuje całkowita swoboda wyrażania swoich myśli i odczuć?

Jestem bardzo drażliwy, jeśli chodzi o sztukę wizualną- często jest mocno zaangażowana politycznie, co bardzo mnie śmieszy. Każde dzieło musi mieć konotacje, odniesienia – jednym słowem: musi być politycznie zdefiniowane i głosić jakieś prawdy. Mam nadzieję, że rynek muzyczny nigdy nie zostanie przekierowany na te potrzeby.. w Polsce, niestety, to się zdarza. Rozumiem jednocześnie, że piosenka może mieć, jako nośnik emocji czy poglądów, sporą siłę przebicia i tak też czasami zostaje wykorzystana. Mam jednak takie zdanie – nie mieszajmy sztuki i polityki, bo myślę, że sztuka sama w sobie jest bardziej utylitarna. Tak powinno zostać.

Ciekawa opinia… No dobrze, a kiedy myślisz o wielkości artystycznej, to co jest dla Ciebie jej miarą?

Fakt tego, jak długo dzieło jest aktualne w swoim wymiarze. Jeżeli coś nie traci swojej mocy oddziaływania.. tak, to właśnie miara artystycznej wielkości.

Szkoda, że musimy kończyć, ale przynajmniej wiem, od czego zacznę nasz kolejny wywiad. Dzięki za rozmowę.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s