“Stworzenie alter ego pomaga” – rozmowa z Kubą Traczem

Cześć,

Zdarza się, że poznany podczas wywiadu artysta budzi w tobie prawdziwą sympatię i  tym samym – zostaje w głowie na dłużej. Jeśli masz szczęście, spotykacie się ponownie. Ja je miałam. Po majowej rozmowie z Kubą Traczem i Igorem Walaszkiem, którą mam nadzieję pokazać Wam wkrótce, w listopadzie spotkałam się z Kubą i… nie zdradzę nic więcej oprócz tego, że mam szczerą nadzieję, że dzięki tej rozmowie, choć trochę lepiej udało mi się poznać człowieka stojącego za Bass Astralem.

Z.

Bass Astral x Igo
fot. Karo Lewandowska

Zuza Iwanowska: Wywiad to dla artysty okazja do zdjęcia maski i pokazania prawdziwej twarzy, czy przeciwnie?

Kuba Tracz: Wydaje mi się, że to zależy od humoru i sytuacji. Chyba pierwszy raz w ramach Bass Astral x Igo udzielam wywiadu bez Igora. Być może to będzie okazja, żeby ją ściągnąć.

Pytam o to dlatego, że podczas jednego z wywiadów powiedziałeś, że za Bass Astralem kryje się wrażliwy chłopak, który chciałby zostać dostrzeżony przez rodzinę i bliskich. Chciałabym to dobrze zrozumieć: muzyką przekazujesz towarzyszące Ci emocje i stany, czy po prostu mówiłeś wtedy o wzbudzeniu podziwu lub dumy?

Skanując motywacje swoich działań – np. występowania na scenie czy pogoni za sławą – dochodzę po sznurku do swojej rodziny. Od kiedy byłem dzieckiem, próbowałem robić przeróżne artystyczne wybiegi – na przykład założyłem kabaret, bo mój tata je uwielbiał. Pamiętam bardzo dokładnie, że chciałem to zrobić w dużej mierze dlatego, żeby mnie dostrzegł, do dziś tak czuję. Myślę, że dla dziecka najważniejszą rzeczą jest aprobata rodziców. Nawet ostatnio, jako dorosły mężczyzna, składając swoim rodzicom życzenia, powiedziałem, że chciałbym, żeby byli ze mnie dumni. Trochę mi się to wymsknęło, ale chciałem usłyszeć z ich ust potwierdzenie. Mama przytaknęła, tata natomiast po chwili namysłu powiedział: „Jesteś dobrym muzykiem”. A ja chciałbym, żeby był dumny ze mnie jako z człowieka.

Więc co chcesz powiedzieć bliskim przez muzykę?

Że trochę taki jestem, po prostu. W pewnym sensie stałem się już osobą publiczną, więc cały czas to pokazuję. Rodzice, oglądając mnie i czytając, widzą innego Kubę niż ten, który był w domu. Chociaż zwykle sam opowiadam im o tym, co się u mnie dzieje i jak to wszystko czuję, więc dostają te informacje równolegle. Dzięki Bass Astral x Igo pierwszy raz jestem od nich niezależny finansowo, co podświadomie było dla mnie mega ważne. A poza tym moja sceniczna ekscentryczność i ekshibicjonizm ruchowy, oprócz tego, że sprawiają mi przyjemność i są sposobem na uwolnienie pewnego rodzaju emocji, to w jakimś sensie komunikat: „zauważ mnie”, kierowany również w ich stronę, nawet kiedy nie znajdują się wśród publiczności.

Scena daje Ci rodzaj pewności siebie, który możesz później przenieść do codzienności?

Nie, daje mi wręcz antypewność. Jeśli ktoś mnie z niej zna, zazwyczaj jestem przy nim mniej śmiały, otwarty i odważny. Inne rzeczy dają mi pewność siebie na scenie i w życiu.

We wcześniejszym projekcie nie używałeś żadnego pseudonimu, tutaj zdecydowałeś się stworzyć Bass Astrala. Kryje się za tym działanie wyłącznie artystyczne, czy może Bass Astral powstał, by wyraźniej zaznaczyć granicę między Tobą prywatnie a wcieleniem na scenie?

Kiedy postanowiłem zacząć pracę z elektroniką i występować solo, nie było mowy, żebym robił to wprost, jako Kuba Tracz. Podpisywanie się pod czymkolwiek w ten sposób jest dużo trudniejsze, dlatego stworzenie alter ego pomogło – jako swego rodzaju maska. Będąc w Clock Machine, wszystkie swoje myśli wylewałem na zespołowym fanpage’u i nigdy tego nie podpisywałem, zasłaniając się wtedy ich marką. Tak samo było z Bass Astralem, który, chociaż był już mną, to wciąż trochę innym. Dopiero teraz jestem na etapie, kiedy piszę jako ja, Kuba Tracz. Ponadto myślę o solowym projekcie, a w mojej głowie rodzi się kolejne alter ego, Bengurama. Ta postać przyszła do mnie w głębokich medytacjach jako połączenie zaangażowania w duchowość i pracę wewnętrzną z muzyką, więc mam nadzieję, że uda mi się tchnąć w nią życie. A oprócz tego w przyszłości chciałbym nagrać płytę otwarcie, jako ja, z moim głosem i tekstami.

Z drugiej strony mówisz, że jesteś artystą od dziecka. Czy da się więc wyznaczyć tutaj jakąkolwiek granicę?

Wiesz, te wcielenia bardzo się od siebie różnią, na co w dużym stopniu wpływają scena, reflektor i muzyka, którymi się zasłaniam. Nie wychodzę tam, by mówić. Wyrażam się przez coś, co ma dużo większą energię, niż ja sam – moją muzykę, fajnie skomponowaną i lecącą przez dobre głośniki. Pytasz, czy skoro jestem artystą od dziecka, to widzę granicę między tymi wcieleniami… czuję, że moje artystyczne zajawki w pewnym momencie zostały mocno stłumione. Przez ostatnie trzy lata wracałem do tego, co twórczo cieszyło mnie, kiedy byłem mały: tańca, śpiewu, malowania…

Przynosi Ci to tyle samo radości co kiedyś?

Czasem nawet więcej, bo robię to jako świadomy dorosły… chociaż z drugiej strony nie mam już umysłu dziecka, które jest w stanie stuprocentowo się czemuś poświęcić, bo tak naprawdę nie musi zaprzątać sobie głowy niczym innym.

Kilka miesięcy temu rozmawiałam w Krakowie z chłopakami z Sonbird. Maciek powiedział wtedy o Twoim stosunku do fana, dla którego trzeba mieć wiele wyrozumiałości i wyobrażać sobie, jakbyś to Ty podchodził do swojego idola. Jak widzisz swojego odbiorcę, bo mam wrażenie, że to dla Ciebie ktoś istotny i wyjątkowy? Do kogo chciałbyś docierać?

Dzisiaj ten stosunek jest jeszcze mocniejszy i bardziej autentyczny, chociaż to dla mnie trudne. Kiedy projekt rozrasta się na taką skalę, nie jesteś już w stanie dawać ludziom po koncercie uwagi – to fizycznie niemożliwe. Nie mam też na to siły, często nie jestem w stanie poradzić sobie z tym, że mój odbiorca stał się masą. Wtedy po prostu uciekam – nie wychodzę do ludzi po koncercie, bo czuję, że to mnie zjada. Chociaż zdarzył się wyjątek: koncert w gliwickiej Spirali, został zresztą zarejestrowany i można go znaleźć na YouTube. Przed nami nie grał żaden support, więc postanowiłem, że zanim wystąpimy z Igorem jako Bass Astral x Igo, zagram DJ seta złożonego z kawałków, które lubię. Opowiadałem o każdym z nich, trochę tańczyłem… pod koniec powiedziałem, że chciałbym teraz przywitać się z każdym ze zgromadzonych na sali, bo to dla mnie ważne.  To było tak ekstatyczne doznanie… nigdy więcej nie potrafiłem tego powtórzyć. Tego wieczoru miałem dużo większą pewność, że mogę podejść do każdej z tych osób i ją po prostu przytulić… zobaczyć każdą z nich z osobna, nawet przez sekundę. Dlatego ten koncert był tak wyjątkowy. Zdarza się, że wychodząc na scenę i widząc publikę pełną obcych twarzy, dopada mnie taki stres, że ledwo jestem sam dla siebie, a co dopiero dla innych.

A z czym to się wiąże, ten stres? Boisz się niezrozumienia tego, co masz do przekazania?

To coś, czego nie da się chyba pojąć rozumem, dużo głębsze ode mnie. Czuję wtedy, że ciało jest spięte, a jedynym ruchem, który chcę wykonać, jest skierowanie głowy w dół. Czasem zmuszam się, żeby tego nie robić czy zacząć tańczyć, żeby koncert miał energię… To chyba kwestia relacji „ja i świat” w danym momencie. Jeśli coś jest we mnie tego dnia wewnętrznie zaburzone, to oczywiście odbija się to na stosunku do otoczenia. W konsekwencji faktycznie boję się tego, że ktoś mógłby nie zrozumieć np. mojego milczenia, kiedy nie mówię nic, bo boję się, że wcale nie byłoby to zabawne.

Porozmawiajmy na chwilę o wywiadach, po prostu. Często mówisz w nich rzeczy, do których mam wrażenie, mało kto potrafiłby się przyznać i powiedzieć o nich wprost.  Takie działanie ma służyć bardziej Tobie, jako coś na kształt autoterapii, czy może momentami jako przestroga kierowana do innych?

Nie chciałbym nikogo uczyć, traktuję to raczej osobiście – jako formę przesuwania granicy. Chcę dążyć do stanu, w którym będę mógł mówić wszystko, co przyjdzie mi do głowy i się tego nie wstydzić. Nie chcę wciąż obracać się w sferze łatwych tematów, ale to zależy od sytuacji i dnia. Jeśli akurat mogę pozwolić sobie na więcej i powiedzieć coś bardziej szczerze, to z tego korzystam.  Jeśli nie – do głosu dochodzi moje mówiące wszystko na opak, ironizujące alter ego i nigdy tak do końca nie wiadomo, co jest prawdą.

W branży muzycznej jesteś już od kilku ładnych lat, najpierw w jej rockowym wydaniu,  teraz – elektronicznym. W którym z nich czyha więcej pokus?

Kiedy grałem w Clock Machine, bardzo często żartowaliśmy, że gramy dla dziewczyn, chociaż to było w sumie prawdą. W dużym stopniu karmiłem się wtedy tym, że wychodząc na scenę, stawałem się kimś bardziej wyjątkowym niż poza nią. Dzięki temu dostawałem chociażby uwagę dziewczyn, której nie miałem w szkole. Pewna część mnie nadal tego potrzebuje, a sposobności jest coraz więcej, bo na koncerty Bass Astral x Igo przychodzi wiele atrakcyjnych kobiet, które są nami jawnie zainteresowane. Szukaliśmy tego w Clockach: wychodziliśmy po koncercie, czekając, aż do nas podejdą zagadać, czy zrobić zdjęcie. Wtedy, a w szczególności teraz, widzą we mnie kogoś wyjątkowego – ten wycinek tworzący Bass Astrala na koncercie czy w internecie. Mógłbym chcieć to wykorzystać, bo jako Bass Astral nie ma nieśmiałego mnie, a poza tym to nie ja podchodzę do dziewczyny, tylko ona do mnie. Ta pokusa jest trudna, bo jestem w związku z dziewczyną, którą naprawdę kocham…

Masz problem z nieśmiałym sobą?

No jasne. Nie akceptuję nieśmiałego mnie, szczególnie w relacjach damsko-męskich, gdzie chciałbym być śmiałym, odważnym facetem… a na pewno nie uroczym. A wracając do pokus, do głowy przyszły mi jeszcze pieniądze. Zarabiamy dużo i chociaż czuję, że nie są moją główną życiową motywacją i chciałbym je odpuścić, to perspektywa tego, co mogę sobie za nie kupić, sprawia, że mógłbym poświęcić dla nich swoje emocje czy autentyczność – dlatego, że wcześniej całe życie wydawały mi się naprawdę ważne.

Powiedziałeś kiedyś, że gdybyś miał zawrzeć przesłanie do świata w jednym zdaniu, byłoby to: „Obserwujcie”. Dzisiaj powiedziałbyś to samo?

Mam takie założenie, żeby w wywiadach dwa razy nie mówić tego samego, więc pewnie nie. Chociaż dzisiaj mam na tyle mieszany nastrój, że mógłbym to powtórzyć.

A co widzisz, gdy mu się przyglądasz?

To bardzo mocno uzależnione od mojego nastroju… dużo rzeczy. Jeśli chodzi o ludzi, często widzę w nich zagrożenie… trochę się tulę, ale nadal trzymam gardę. Podchodzę do nich z rezerwą czy obawami, ale to naprawdę zależy od nastroju. Jeśli mówimy o dzisiaj, nie jest to pełna eksploracja świata i cieszenie się nim, a bardziej wewnętrzne drganie. Mogę być z ludźmi, by potem się schować i później, być może, znowu do nich wrócić.

Skoro pieniądze nie są już dla Ciebie takie ważne, to co jest teraz Twoją miarą sukcesu?

Radość płynąca z tego, co robię. Rozróżniam dwa rodzaje sukcesu – wewnętrzny i zewnętrzny. Wewnętrzny jest tylko mój,  odczuwany w środku, związany  z satysfakcją tworzenia. Zewnętrzny natomiast to ten, o którym mówią ludzie. Kiedy słyszę, jak dobrze idzie nam jako Bass Astral x Igo i jak wielki odnosimy sukces, przytakuję. Nie wywołuje to jednak we mnie bezpośrednio wcześniej wspomnianej radości.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s