“Zmiany są mi potrzebne, by utrzymać ogień emocji.” – rozmowa z Ten Typ Mesem

Cześć,

Zeszły miesiąc dla mnie, jak do tej pory, najintensywniejszym pod względem przeprowadzonych rozmów. Dzisiaj przychodzę do Was z wywiadem z Ten Typ Mesem – współzałożycielem Alkopoligamii, autorem tekstów, producentem muzycznym – człowiekiem, który od ponad 10 lat prężnie działa na rodzimej scenie muzycznej, nie dając uchwycić się jakimkolwiek ramom czy schematom. Jeśli chcecie wiedzieć z jakim odbiorem spotkał się krążek “AŁA.”, jak wyglądała trasa, czego możemy spodziewać się z okazji 10-tych urodzin wytwórni Alkopoligamia i dla jakich ludzi tworzy Piotr Szmidt – zapraszam do lektury!

Z.

17218466_10154198866496262_6031610744205982675_o
Zdjęcia dzięki uprzejmości białostockiego klubu REJS

Zuza Iwanowska : Białystok jest przedostatnim przystankiem „Tour de AŁA.”.  Jaka była ta trasa?

Ten Typ Mes : Ona cały czas jest. Zamkniemy ją koncertem w Warszawie. Teraz faktycznie będzie przedostatni w Białymstoku, ale z tym materiałem będziemy jeździć jeszcze wiele miesięcy, więc dla mnie to w pewien sposób sytuacja niedokończona. Natomiast mam świetny zespół, równie świetną publiczność i właściwie w każdym mieście materiał spotkał się z dobrym odbiorem. To najbardziej intensywna ze wszystkich tras, które prowadziłem, ale jednocześnie najprzyjemniejsza.

Album „AŁA.” jest dostępny już od kilku miesięcy. Odbiór materiału przez słuchaczy spełnił Pana oczekiwania?

Tak. Jest takim odbiorem, którego się spodziewałem. Płyta jest dość skomplikowana i w opinii niektórych kontrowersyjna, dlatego oceniania jest dość biegunowo – niektórym nie wchodzi zupełnie, innym za to pasuje w całości – od początku do końca. Ja sam z kolei nie zachęcam do tak biegunowej oceny. Album jest na tyle długi, że spokojnie można na własne potrzeby zrobić z niego krótszy materiał – jeśli ktoś nie lubi numerów eksperymentalnych, może je spokojnie przewinąć. Tak samo jeśli lubi tylko te eksperymentalne.

Płyta zebrała pozytywne opinie recenzentów mówiących o burzeniu nią międzygatunkowych murów. Taki był zamysł?

Zdecydowanie. Zamysłem było również, żeby robić to, na co mam ochotę. To nie kwestia tego, że gatunki mi przeszkadzają. Chodzi raczej o ambicję, aby nagrać w życiu dużo różnych rzeczy. To dla mnie bardzo istotne, żeby móc powiedzieć, że nagrałem np. balladę czy zwykłą śpiewaną piosenkę. Lubię wyzwania i nowe wrażenia. To daje ogromną motywację do pracy i do utrzymania gorąca, jeśli chodzi o emocje. Trudno jest mi to robić, kiedy muszę nagrać kolejną piosenkę w danej stylistyce. Zmiany są mi potrzebne, by utrzymać ogień emocji.

Niektórzy zarzucają jednak stosunkowo silne odsunięcie się od hip – hopowych korzeni. Zrobiło się Panu duszno w tym środowisku?

(śmiech) Zawsze było mi tam duszno. Nie zostałem muzykiem żeby być częścią środowiska czy też jako raper zająć w nim jakąś pozycję. Zostałem nim, by w muzyce robić dokładnie to, na co mam ochotę, wyznaczać sobie wyzwania i ogromnie cieszyć się nagrywaniem. Żadne środowisko czy hip – hopowe korzenie nie mają dostępu do mojej kabiny do nagrywania wokali, pliku z zapisanymi tekstami, ani moich samplerów. Jeżeli kiedyś nagrywałem dużo hip-hopowych utworów to nie po to, żeby być częścią jakiejś grupy wzajemnej adoracji, tylko dlatego, że w danym momencie czułem, że to najlepiej mnie wyraża. A kiedy nagrywałem numer jak „Codzienność” czy „Nieiskotne” to czułem, że w danej chwili właśnie to oddaje mnie najlepiej. Nie chciałem wtedy być częścią środowiska Dawida Podsiadło czy Izy Lach, po prostu to mnie wtedy wyrażało.

Wiemy, że „AŁA.” to zapis Pana obserwacji świata i swego rodzaju rozprawienie się z jego zepsuciem. Ciekawi mnie jednak, co oprócz tego Pana zainspirowało, jacy artyści?

Myślę, że przy każdym utworze był to ktoś inny. Nie można powiedzieć, że dana płyta wynika ze słuchania konkretnych twórców, których nazwiska mógłbym ci teraz rzucić. Żeby powstał materiał na tyle skomplikowany jak „AŁA.”, nad którym pracowałem bardzo długo, złożyłem się na to cały ja – od muzyki, którą wsadzano mi do kołyski, przez okres dojrzewania i to, czego słucham teraz. Ta płyta nie wynika z osób, które mogę ci teraz wyliczyć krótko w jednej odpowiedzi.

Na płycie słyszymy kolaboracje z Izą Lach czy Dawidem Podsiadło. Jak nawiązały się te współprace?

Potrzeba matką wynalazków. Napisałem i wymyśliłem te piosenki, a muzykę zrobił Andrzej Pieszak i Fox, ale były niekompletne bez mocnego, stylowego głosu żeńskiego i bez świetnego, płynącego wokalu męskiego. Trzeba było znaleźć osoby, które najlepiej by je dopełniły. Przewertowałem polski show biznes w poszukiwaniu właściwych artystów. Potem trzeba było podzwonić do menedżerów, wszystko omówić, spotkać się. Tak to wyglądało, ale trzeba powiedzieć, że oni po prostu perfekcyjnie wywiązali się ze swojego zadania. Z Dawidem nawiązałem inspirującą znajomość, z Izą też biję pionę i byliśmy razem w Kalifornii.

Czego musi wystrzegać się odbiorca, a na co nastawić, słuchając płyty bądź wybierając się na koncert?

Na pewno nastawić się na wiele różnych emocji. A czego ma się wystrzegać? Myślę, że nie chciałbym odbiorcom czegokolwiek bronić.

Porozmawiajmy o wytwórni Alkopoligamia, której jest Pan współzałożycielem. Czego szukacie u artystów, z którymi podejmujecie współpracę?

Parę lat temu powiedziałbym pewnie, że szukamy ludzi utalentowanych, ale aktualnie najbardziej pożądamy do współpracy osób poważnych i takich, których słowo coś znaczy. Teraz widzę, że do bycia zawodowym artystą nadaje się niewielki procent ludzi utalentowanych. Bycie utalentowanym, a bycie jednocześnie utalentowanym i zawodowym artystą to dwie różne sprawy.

Alkopoligamia obchodzi niedługo swoje 10 urodziny. Wiem, że z tej okazji skład wyjechał na wieś, do Molzy. Molza to też tytuł nadchodzącej grupowej płyty, która będzie zawierać Wasze stare, jak i zupełnie nowe kawałki, prawda? Co usłyszymy?

Tak, te starsze będą bonusem CD dołączonym do płyty właśnie ze względu na to, że wytwórnia obchodzi urodziny i postanowiliśmy zrobić składak z tego, co ciekawego udało nam się przez te 10 lat wydać. „Molza” natomiast jest absolutnie premierową sytuacją. Wyjechaliśmy na kilka dni, z założeniem, że rozstawimy mikrofony i spróbujemy tam coś napisać i nagrać. Udało się, a za to największy szacunek i props powinien zgarnąć Szogun, który miksuje te rzeczy. Można sobie wyobrazić, że grupa będących gdzieś tam wysoko z głowami w chmurach artystów, dostarczyła masę wokali do miksów. Natomiast tylko ten, kto musi złożyć to w całość wie, jak przyziemna i trudna to sprawa.

Mam nieodparte wrażenie, że w ciągu 10 lat działalności Alkopoligamia stała się czymś dużo więcej niż zwykłą wytwórnią. To miejsce spotkania pewnych siebie, bezkompromisowych artystów, którzy doskonale wiedzą, że ich miejsce jest w muzyce ze słuchaczami szukającymi szczerości i konkretu. Jak udało się Wam stworzyć takie miejsce?

Założyliśmy wytwórnię z Łukaszem i Witkiem, chcąc otaczać się muzyką dla wrażliwców od wrażliwców. Zawierającej również pierwiastek poczucia humoru i odrobinę bezczelności, ale też wcześniej wspomnianej wrażliwości. Takich ludzi staramy się przyciągać. W historii Alkopoligamii trudno znaleźć buraka mentalnego, kretyna. Wydaje mi się, że to emanuje. Nawet jeśli ci ludzie bywają niemili albo w jakiś sposób agresywni czy po prostu mają swoje wady, to jednak jest to banda wrażliwców, co mam nadzieję widać i słychać. Wytwórnię założyli ludzie, którzy raczej myślą o tym, jak coś zrobić lepiej i ciekawiej, a nie ludzie, którzy wstają rano z przekonaniem, że są najpiękniejsi i najlepsi na świecie, a to, co zrobili ostatnio jest mistrzostwem.

Co jest najgorszego na polskiej scenie muzycznej, niekoniecznie hip-hopowej?

Powierzchowność. Mało jest osobowości, które stanęłyby przed mikrofonem i powiedziały coś kontrowersyjnego czy zaśpiewały coś z „krwi i kości”. Dlatego kiedy pojawiają się tacy ludzie jak Dawid, który sam pisze teksty i nie są one super-słodkie, czy Maria Peszek i Natalia Przybysz zrobią coś mocnego, to od razu się raduję. Nie uważam oczywiście, że muzyka powinna non stop być wypełniona skrajnymi emocjami, ale byłoby dobrze, gdyby więcej ludzi miało coś do powiedzenia i było to „jakieś”.

Co jest najpiękniejszego w zawodzie muzyka, a co sprawia najwięcej trudności?

Najpiękniejszy jest moment tworzenia piosenki, a najwięcej trudności jest ze zorganizowaniem wszystkiego – siebie, kalendarza, spotkań, terminów, wszelakich zobowiązań. To są rzeczy trudne, ale do zrobienia.

Dla jakich ludzi tworzy Ten Typ Mes?

Chciałbym myśleć, że dla wrażliwców z poczuciem humoru… Chyba właśnie tak. Mam jednak bardzo dużo różnych piosenek, więc może być tak, że ktoś zna tylko piosenki melanżowe i utożsamia się właśnie z nimi, a z tymi głębszymi czy smutniejszymi nie i to też jest dobre. Dlatego tworzę muzykę w bardzo różnych klimatach, tak żeby zgarniać słuchaczy z różnych środowisk. Zawsze zależało mi na tym żeby to nie była jednorodna grupa wpatrzona w jeden styl i jednego artystę. To mogłoby mi zaburzyć samoocenę — wystrzelić ego w bardzo niebezpieczne rejony i ograniczyłoby moją ciekawość drugiego człowieka. Tworząc jeden gatunek dla konkretnych słuchaczy, jest duża szansa, że spotykałbym takich samych ludzi. Dzięki różnorodności ci ludzie są również różni, a to z kolei pozwala mi lepiej poznać społeczeństwo i więcej dowiaduję się o człowieku.

Gdyby nie był Pan muzykiem, czym by się Pan zajął?

Pewnie czymś związanym ze słowem albo po prostu z jakimiś kreatywnymi sytuacjami – może czymś z filmem. Trudno mi robić coś na pół gwizdka, wolę angażować się po uszy. Dopóki muzyka jest na horyzoncie, to jest moje zajęcie.

Wielu artystów i celebrytów aktywnie włącza się w akcje protestacyjne jak chociażby Czarny Protest. Czy jest jakaś granica, której artysta nie powinien przekraczać w twórczości bądź przekazie adresowanym do swojego odbiorcy?

Ta granica jest tematem na osobne dyskusje. Gdzie indziej jest ta dotycząca polityki jako ustroju czy systemu, który dotyka nas wszystkich, o ile rozumiemy swoją rolę w państwie. Kiedy polityka wjeżdża jako temat piosenki, wydaje mi się, że nieprzekraczalną granicą jest granica patosu. Patetyczne emocje ogólnie brzmią źle w muzyce – kiedy dotyczą miłości czy jakiegoś zawodu nad utraconą przyjaźnią, to pół biedy. Gdy wkracza patos i polityka to jest niedobrze. Inną kwestią jest dzielenie się tzw. lifestylem. Kiedy się nim dzielisz, ktoś może się tym zainspirować i próbować żyć tak, jak ty. W momencie, gdy twoim lifestylem jest chlanie i ćpanie, to pytanie czy skutkiem ubocznym nie będzie to, że ktoś pójdzie w twoje ślady. To dla mnie pytanie otwarte. Jestem bardzo wdzięczny Jayowi- Z za wszystkie bardzo obrazowe opisy tego, jak był przestępcą. Uważam, że ja jestem po prostu odporny na tego rodzaju sugestie i nie podążę za jego przykładem. Natomiast kiedy słucha tego ktoś, kto jest kretynem, albo jest jeszcze bardzo młody, to istnieje prawdopodobieństwo, że nie zrozumie tego jako przekazu artystycznego Jaya-Z, ale jako zachętę i wtedy może zrobić się niemiło. To rzeczy płynne i moim zdaniem warte głębszego zastanowienia przy okazji pisania tekstów.

Na koniec — kogo można nazwać w dzisiejszych czasach artystą i czy Ten Typ Mes zasługuje na to miano?

Myślę, że tak. Nie uważam, że to słowo jest potrzebnie tabuizowane. Wytwarzam coś z niczego (śmiech), dla wielu jest to interesujące i to, co tworzę wynika z osobistych porywów serca i obserwacji. Nie jest to też rzemiosło. Bardzo często mylnie rozróżnia się artystę i rzemieślnika. Realizuję własne pomysły, jestem gościem od jednej z tych dziesięciu muz i tak – jestem artystą.  Jeśli ktoś niczego nie wymyśla, tylko śpiewa piosenkę, do której słowa i melodię napisała mu inna osoba, to jest rzemieślnikiem. Cała reszta to gorsi lub lepsi artyści i tyle.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s