“Artysta jest do tego, żeby wstyd i strach odłożyć na bok, wręcz zobligowany…” – rozmowa z Martą “Mariką” Kosakowską

Cześć! 

Jak rozpoczynać działalność, to tylko z przytupem 🙂 Dlatego dzisiaj mam dla Was rozmowę z Martą “Mariką” Kosakowską – przezdolną, przepiękną, przeinteligentną łomżanką – i strasznie się cieszę, że to właśnie jest pierwszy wywiad, który tutaj publikuję. O powrotach do domu z wielkiego świata, skutkach rozstania z wizerunkiem Mariki i planach na rok 2017. Nie przedłużając, życzę przyjemnej lektury!

Z.

_mg_0656
fot. Joanna Babiel

Zuza Iwanowska : Każdy z Pani łomżyńskich koncertów budzi wśród publiczności duże  zainteresowanie i emocje. Jak jest u Pani, lubi Pani wracać tu w artystycznej odsłonie?

Marta ” Marika” Kosakowska : Te powroty są dla mnie bardzo ważne. Śpiewając dla swoich łomżyńskich znajomych, sąsiadów, nauczycieli, wreszcie rodziny mogę tym samym podziękować wszystkim tym ludziom, wśród których wyrosłam. Którzy mieli wpływ na to kim dziś jestem i co robię. Ja od nich bardzo dużo otrzymałam. Dobrze jest wracać i się choć w niewielkim stopniu odwdzięczać.

Mam wrażenie, że Pani ostatni występ (koncert „Bóg się rodzi” 22.12.2016) był wyjątkowo ważny dla łomżan.  Przygotowując się do rozmowy z Panią w wielu wywiadach czytałam o Pani zbliżeniu z Bogiem. Czy w takim razie czwartkowe kolędowanie było również dla Pani wyjątkowym wydarzeniem artystycznym? 

Śpiewając kolędy i przeżywając Boże Narodzenie nie wykonujemy pierwszych lepszych piosenek i nie odgrywamy jakichś scenek rodzajowych z życia pewnej dziwnej rodziny z Nazaretu. Ja przeżywam radość i podziw, że mój Bóg, który zechciał, żeby istniało wszystko, co istnieje, łącznie ze mną, Stwórca planet, grawitacji i małych robaczków, Ten, który może przecież wszystko, tak bardzo zabiega o ciebie i o mnie, że wciela się i przeżywa życie człowieka w jego doniosłości, ale też przyziemności. Święty i Potężny Bóg staje się zależnym od ludzkiej opieki niemowlęciem. Nie boi się cielesności, bólu i śmierci. Mnie to komunikuje: Twoje życie jest ważne, jest święte, rozumiem Cię, jestem z Tobą, chcę się z Tobą spotkać. Nawet wtedy, kiedy Ty nie chcesz przyjść do mnie, ja przychodzę do Ciebie. Ty możesz mnie przyjąć. Albo nie.

Przygotowywała się Pani do tego mentalnie inaczej niż do koncertów z autorskim materiałem?

Oczywiście. Śpiewając chcesz się modlić, a nie tylko mechanicznie wykonać utwór z jakąś tam “emocyjką”. Ponosisz też odpowiedzialność za ludzi, którzy słuchają koncertu, których masz szansę poprowadzić w tej modlitwie, zainspirować, dotknąć.

A jak wraca się Pani do niewielkiej Łomży z wielkiego świata? Czy to miejsce ma Pani jeszcze coś szczególnego do zaoferowania, czego nie ma Warszawa? 

Wielki świat się składa z małych miejsc. Warszawa to w tej chwili zbiór ludzi zewsząd. Siłą rzeczy panuje w niej spora anonimowość. W Łomży jest większe poczucie tożsamości zbiorowej, społeczności i więzi, która z niej wynika. Ludzie się po prostu lepiej znają. Poza tym nie oszaleli tak na punkcie : „szybko, szybciej, efektywniej”. Tu można po prostu pożyć. Tu jest inne powietrze i inaczej smakuje chleb. Lepiej.

Porozmawiajmy o Pani ostatnim wydawnictwie – albumie „Marta Kosakowska”.  Po kilkunastu latach rozstała się Pani z wizerunkiem Mariki. Od premiery albumu minął ponad rok, więc możemy porozmawiać o skutkach tej decyzji. Tęskni Pani czasami za dawnym imagem?

Dawniej byłam rozwrzeszczanym kolorowym trzpiotem, który chciał ludzi porwać do tańca i podskoków. Teraz jestem kobietą w bieli i bardziej zależy mi, żebyśmy wspólnie coś przeżyli, rozwijali się duchowo i emocjonalnie. Do pewnych decyzji się dorasta i to trwa. Myśli kiełkują w tobie i po pewnym czasie cię rozsadzają od środka. Zmiana jest nieuchronna i dopóki jej nie zrobisz, nie czujesz się spokojny i spójny. Robisz odkrycia, które wywracają twój światopogląd i estetykę, i już nie ma powrotu do starego. Mnie się nowy styl muzyczny, w którym rezygnuję z egzotycznych rytmów na rzecz nowoczesnej elektroniki w splocie z pięknem żywego kwartetu smyczkowego, bardzo podoba. Chcę kontynuować ten kierunek.

_mg_0608
fot. Joanna Babiel

Nie boi się Pani, że odsłaniając swoje poważniejsze i bardziej refleksyjne oblicze definitywnie zamyka drzwi Marice i powrót do niej nie będzie możliwy?

Nie boję się, bo Marika nie była wymyślona i stworzona przez sztab speców od wizerunku – to byłam ja. Podobnie to ja teraz piszę, śpiewam i wyglądam inaczej. Człowiek nie jest niezmienną bryłą betonu. Bywa wodą, lodem i parą. Tam w środku wciąż jest ten sam człowiek, który ulega przemianom. Te ostatnie z kolei są naturalne i oczywiste. Życie je wymusza.

Płyta jest bardzo poruszająca i kobieca, jednocześnie mocno prywatna. Nie obawia się Pani duchowego obnażenia przed odbiorcą? A może potrzebowała Pani oczyszczenia z tego, co dusiła w sobie Marika?

Pewnie trochę tak było. Ale ja ani nie obawiam się pisać rozbrajająco szczerze i osobiście, ani też nie miałam planu napisać płyty dla kobiet. Wśród mojej publiczności, na szczęście, mężczyźni też dopisują. Mnie się wydaje, że artysta jest do tego, żeby wstyd i strach odłożyć na bok, wręcz zobligowany. Przecież zachowujemy się trochę inaczej, mówimy inaczej, kiedy jesteśmy z kimś, kogo się obawiamy i wstydzimy. Nie jesteśmy wtedy naturalni i szczerzy, dokonujemy jakiejś autokorekty. A artysta pisząc tekst ma za zadanie wypowiedzieć jakąś prawdę, która poruszy słuchacza.

Mam też wrażenie, że niektóre z utworów są swego rodzaju modlitwą, np. „1000 lamp”. Czy dobrze to odczytuję?

Tak, to jest uwielbienie.

Co w takim razie chciałaby Pani pozostawić w słuchaczu po spotkaniu z Pani najnowszą twórczością, jak oddziałać?

Rozebrać ze zbroi. Z uprzedzeń do samego siebie i do innych ludzi. Zainspirować do tego, żeby nauczyć się siebie samego i drugiego człowieka traktować z czułością. Słuchać.

Przed nami nowy rok. Jakie ma Pani plany? Czego mogę Pani życzyć, za co trzymać kciuki?

Gramy ogromną trasę „Betlejem w Polsce” z chórem TGD, Natalią Niemen, Kubą Badachem, Mateo i Piotrem Cugowskim. Odwiedzamy największe, bo kilkutysięczne sale w 12 miastach. To dla mnie intensywny czas. Zaraz po niej siadam do pisania piosenek na nowy album. Proszę mi życzyć wrażliwości i sprawnego pióra. Żeby było z tego co dobrego i żebym mogła przywieźć to do Łomży. Jak kot przynosi upolowaną mysz.

_mg_0593
fot. Joanna Babiel
Advertisements

One thought on ““Artysta jest do tego, żeby wstyd i strach odłożyć na bok, wręcz zobligowany…” – rozmowa z Martą “Mariką” Kosakowską

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s